Strona Główna  |  Sędzia Dariusz C.  |  Krótka historia upadłości Eko-Mysiadło  |  Długa historia Eko-Mysiadło  |  Prasa  |  Komentarze

 
Gazeta Wyborcza
2003.07.05-2003.07.06

Sędzia na zagrodzie
 
     
 
Adwokaci: Kto prowadzi sprawę? Dariusz Czajka? A nie, dziękujemy




Żeby uruchomić niektóre samochody, nie trzeba nawet wyciągać kluczyków. Elektroniczne czujniki same zidentyfikują zbliżającego się właściciela, pokładowy komputer zwolni blokadę drzwi, a silnik cicho zaszumi po naciśnięciu guzika start. Takie właśnie było audi 8, luksusowa limuzyna Centrum Leasingu i Finansów CLiF SA zajmującego się leasingowaniem samochodów i maszyn. Oprócz tego pojazd miał m.in. wykończenia ze srebrzystobiałego palladu, dekoracje ze szlachetnego drewna, inteligentne zagłówki reagujące na zderzenie.

Kiedy Sławomir Zaborowski, urzędnik sądowy opiekujący się majątkiem CLiF-a, rozbił firmowe audi 8, miał we krwi prawie 2 promile alkoholu. Już wtedy na podwarszawskim parkingu rdzewiało w wysokiej trawie kilkaset innych rozbitych i zdezelowanych samochodów należących do CLiF-a. Użytkownicy kilku tysięcy wynajętych od CLiF-a wozów i maszyn chowali je po garażach i ukrywali na strzeżonych parkingach. Najważniejsze było uchronienie sprzętu przed sędzią komisarzem i jego syndykami.


Grabarze biznesu
Upadłość firmy ogłaszana jest przez sąd wtedy, kiedy przestaje ona spłacać długi lub gdy jej majątku nie wystarcza na ich spłacenie. Wyznaczony przez sąd sędzia komisarz kontroluje proces upadłości i nadzoruje poczynania sądowego urzędnika syndyka upadłości. Syndyk przejmuje władzę w upadłym przedsiębiorstwie, przeprowadza jego likwidację i ma za zadanie najbardziej sprawiedliwie podzielić między wierzycieli to, co zostało z majątku firmy. W ostatnim czasie to jeden z zawodów przeżywających renesans. Ludzie nazwani niedawno przez „Politykę grabarzami biznesu są z reguły bardzo dobrze opłacani (z resztek pieniędzy umierających firm) i w ciężkich czasach mają sporo zleceń. O tym, komu przydzielić funkcję syndyka i ile mu zapłacić za pracę, decyduje sąd, ogłaszając upadłość firmy. Nie ma tu żadnych przetargów czy choćby konieczności przedstawienia wstępnego biznesplanu. Ale przede wszystkim to sąd decyduje również o losach wniosku zgłoszonego przez wierzycieli. Decyduje, czy dać firmie szansę, czy wysłać już do niej grabarzy.

Zaledwie kilka miesięcy przed spotkaniem z sędzią Dariuszem Czajką prezes CLiF-a Dariusz Baran dostał od gazety Parkiet statuetkę byka i niedźwiedzia, czyli giełdowych symboli. Baran, jako jedyny z szefów wszystkich giełdowych firm, zwiększył wartość akcji swojej spółki o 300 proc. w ciągu roku. Dynamiczna spółka zdobywała rynek leasingu do momentu, kiedy w 2001 r. banki wypowiedziały jej podpisane wcześniej umowy kredytowe i niemalże z dnia na dzień zakręciły kurek z pieniędzmi. W rezultacie firma nie miała za co kupować kolejnych wozów i maszyn, nie mogła więc prowadzić swojego interesu.

Trudną sytuację firmy chce szybko wykorzystać Kredyt Bank, jeden z banków, które wcześniej odmówiły wypłacenia obiecanych kredytów. Pod pretekstem natychmiastowego zwrotu wszystkich pożyczonych pieniędzy postanowił firmę przejąć. Prezesa Barana odwiedzają bankowi negocjatorzy.

Dostałem propozycję „nie do odrzucenia mówi Baran. Sprzedaż dużego pakietu akcji za jedną piątą aktualnej giełdowej ceny. Ekonomiści nazywają to próbą wrogiego przejęcia.

Kiedy Baran odmówił, Kredyt Bank zgłosił wniosek o upadłość CLiF-a. Spółka była mu przecież winna pieniądze. Zarząd oraz akcjonariusze firmy potraktowali to jako zwykły biznesowy blef spółka mimo kłopotów w całej branży normalnie funkcjonuje i ma wystarczająco dużo pieniędzy, żeby spłacić wszystkie długi. Spokoju nie mąci nawet wiadomość, że przewodniczącym składu, który zadecyduje o losach firmy, będzie Dariusz Czajka, sędzia znany z kontrowersyjnych metod przeprowadzania upadłości (szczegóły niżej).

12 grudnia 2001 r. Sąd Rejonowy w Warszawie w składzie: Dariusz Czajka przewodniczący oraz Urszula Wilk i Adam Tomczyński ogłosił upadłość CLiF-a. W ciągu jednej grudniowej sesji giełdowej akcjonariusze spółki stracili ponad sto milionów złotych, a kilka tysięcy przedsiębiorców w całej Polsce z przerażeniem odkryło, że będą musieli zwrócić bankowi używane w ich firmach samochody i maszyny.

Po zaskakującym ogłoszeniu upadłości sędzia komisarz wysyła do CLiF-a swego zaufanego syndyka Sławomira Zaborowskiego. Ten, zanim w stanie upojenia alkoholowego rozbije limuzynę wartą 100 tys. zł, przeleje milion złotych z konta zarządzanej spółki na rachunki Kredyt Banku.

Złożyłem w tej sprawie doniesienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa mówi Dariusz Baran. Przed ustaleniem przez sąd listy wszystkich wierzycieli z firmy nie mają prawa wyjść żadne pieniądze.

W sumie z kont CLiF-a Kredyt Bankowi udało się wyciągnąć kilkadziesiąt milionów złotych (gdyby na takie rzeczy, jakie w CLiF-ie robił chroniony przez sędziego urzędnik sądowy, pozwolił sobie jakikolwiek dyrektor, trafiłby do aresztu za działanie na szkodę spółki). Jednocześnie syndyk Zaborowski nie pilnował właściwie interesów spółki, która wciąż funkcjonowała i obracała pieniędzmi. Nie egzekwował wierzytelności firmy, dopuścił do dewastacji jej majątku i do zaległości podatkowych. Zadbał natomiast, by jego kolega Tomasz Palaszek dostał kilka lukratywnych zleceń (na prawie 100 tys. zł) na przeprowadzanie w likwidowanej spółce czynności biurokratycznych.

Niezależnie od zawiadomienia prokuratury o przestępstwie dokonywanym przez urzędnika sądowego Baran zgłosił wniosek o zmianę składu sędziowskiego. Koledzy sędziego Czajki wniosek oddalili, a wnioskodawca został ukarany. Oficjalne uzasadnienie grzywny dla Barana mówi o próbie stronniczego wpłynięcia na przebieg postępowania.

W rozmowie z Gazetą Dariusz Czajka broni nie tylko decyzji o ogłoszeniu upadłości CLiF-a, ale także działań syndyka. Rozbił samochód, ale szkody pokrył z własnej kieszeni mówi o Zaborowskim. A poza tym to jeden z lepszych fachowców od finansów i księgowości. Pod jego kierownictwem były ściągane raty leasingowe, przedsiębiorstwo funkcjonowało tak, jak było to możliwe w warunkach upadłości.


Czajka? Bez szans
Kiedy sąd ogłosił upadłość CLiF-a, ludzie, którzy zapłacili już lwią część ceny używanych przez siebie samochodów i maszyn, dowiedzieli się, że sprzęt mają zwrócić albo płacić od nowa sześć tysięcy przedsiębiorców w całej Polsce, którzy nie zdążyli z ostatnią ratą na dzień ogłoszenia upadłości, zostało o tym poinformowanych przez grupę banków-wierzycieli. Szczególną perfidią wyróżnił się Kredyt Bank, który pobierał od klientów ostatnie raty, po czym informował, że firma upadła i użytkowane przedmioty można odkupić wyłącznie po cenie rynkowej.

Przerażeni przedsiębiorcy zaczęli więc szukać najlepszych adwokatów w warszawskich kancelariach prawnych.

Po wstępnych wyjaśnieniach padało zawsze jedno pytanie, niby mimochodem mówi Andrzej Stawicki, właściciel hurtowni chemikaliów, który organizował akcję ratunkową. „Kto prowadzi sprawę? Hasło „Dariusz Czajka za każdym razem kończyło wszelkie rozważania. „Przykro nam, ale to niewykonalne.

W końcu zdesperowani ludzie założyli stowarzyszenie (www.stowarzyszenie.org) i zaczęli słać pisma do Ministerstwa Sprawiedliwości i organizacji społecznych. Także Dariusz Baran, który poświęcił półtora roku na walkę z polskim wymiarem sprawiedliwości, przyznaje, że niektórzy adwokaci wręcz panicznie bali się sędziego Czajki. Bywało, że pisali dla mnie pisma procesowe, ale nie chcieli się pod nimi podpisywać Baran nie chce wymieniać nazwisk. Musiałem podpisywać się za nich.

Prezes Baran, akcjonariusze CLiF-a i przede wszystkim wezwani do zwrotu przedmiotów leasingu klienci firmy z wielkimi nadziejami oczekiwali rozprawy apelacyjnej. 27 marca 2002 r. sąd drugiej instancji (sędziowie Miśkiewicz, Hniedziewicz, Wierzchowski) oddalił zażalenie prezesa Barana i firma CLiF zniknęła z warszawskiej giełdy.


Bank burzy fabrykę
Sędzia Dariusz Czajka potrafi być bardzo nieprzyjemny na sali. Jak mówi Dariusz Baran, z nogą wysoko założoną na nogę pokrzykuje na ludzi, czasem rzuca dokumentami, każe cytować ciągi liczb z pamięci. Niektórzy warszawscy prawnicy słowo komisarz przy jego nazwisku wymawiają z przekąsem.

Pierwszą z jego słynnych likwidacji były warszawskie Zakłady Radiowe im. Marcina Kasprzaka. Na początku lat 90. przedsiębiorstwo chwiało się na krawędzi bankructwa, ale latem 1994 r. wydawało się, że najgorsze ma już za sobą. Zmniejszyliśmy zatrudnienie o dwie trzecie, zrezygnowaliśmy z produkcji sprzętu audio, rozpoczęliśmy produkcję dla wojska i byliśmy gotowi skorzystać z pomocy ustawy oddłużeniowej wspomina Marek Łotocki, ostatni prezes Kasprzaka; dziś jest dyrektorem sprzedaży w dynamicznej spółce medialnej Europress. Najważniejsze jednak, że w krytycznym momencie porozumieliśmy się z naszym największym wierzycielem Bankiem Handlowym. Byliśmy mu winni 10 mld starych złotych (dziś to 1 mln zł).

18 lipca 1994 r. sąd miał przypieczętować ugodę i ratunek dla fabryki. Sprawę prowadził wtedy 30-letni, nieznany szerzej Dariusz Czajka. W najważniejszym momencie postępowania nieoczekiwanie wyciągnął nowy wniosek o ogłoszenie upadłości. Jeszcze większą niespodziankę stanowiło to, że autorem tego wniosku było niewielkie Centrum Półprzewodników CEMI, które również, w stanie upadłości, znajdowało się pod kuratelą sędziego Czajki o losach Kasprzaka miał zatem decydować urzędnik sędziego Czajki (za jego zgodą) z zupełnie innego procesu.

Z powodu kontrowersyjnego zbiegu dwóch spraw jednego sędziego prawnicy Kasprzaka zgłosili wniosek o zmianę składu sędziowskiego. Od tego momentu wypadki toczyły się jak w filmie sensacyjnym. Na krótko Dariusza Czajkę zastąpił sędzia Sławomir Góralski i sąd wniosek odrzucił. Momentalnie miejsce za stołem ponownie zajął Czajka i przy osłupieniu przedstawicieli Kasprzaka błyskawicznie doprowadził do końca proces upadłości. Sędzią komisarzem sąd ustanowił... Góralskiego. Jeszcze tego samego dnia w fabryce Kasprzaka zjawiła się ekipa grabarzy ze stajni sędziego Czajki miłośnik szybkich samochodów i mocnych trunków Sławomir Zaborowski oraz jego dobry znajomy, drobny przedsiębiorca z Pruszkowa Tomasz Palaszek, który zostaje syndykiem masy upadłościowej.

Ratunkiem dla Kasprzaka było natychmiastowe odwołanie się od decyzji o upadłości i rozpoznanie sprawy przez sąd wyższej instancji. Palaszek i Zaborowski doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Na zwołanym błyskawicznie zebraniu załogi pod zarzutem wynoszenia dokumentów wyrzucili z pracy dyrektora Łotockiego i prawnika przedsiębiorstwa. Ekipa syndyka wprawdzie przegrała sprawę przed sądem pracy (wyrzuconych poparł nawet rzecznik praw obywatelskich), ale fabryki Kasprzaka nie było już wtedy na powierzchni ziemi.

Ta powierzchnia okazała się właśnie jej największym nieszczęściem. 30 tys. m kw. tuż obok centrum Warszawy, idealny dojazd. Rynkowa cena działki była kilkunastokrotnie wyższa niż wartość zadłużonej firmy. Mimo zastrzeżeń Ministerstwa Przemysłu (właściciela Kasprzaka), które uznawało sprzedaż z wolnej ręki za niewskazaną, sędzia Góralski zgodę na taką sprzedaż wydał i najcenniejszą część majątku kupił Kredyt Bank. Wkrótce powstała tam główna siedziba banku, który część nieruchomości odstąpił konkurencji po cenach rynkowych. Dziś znajduje się w tym miejscu ekskluzywne centrum bankowo-finansowe.

Po sprzedaży administrowanych przez siebie terenów syndyk Palaszek został zatrudniony w jednej ze spółek Kredyt Banku, a zastępca syndyka Zaborowski prowadzi interesy tego banku. W tym czasie jak ujawnił „Puls Biznesu sędzia Góralski, który w decydującym momencie rozprawy sprzeciwił się wyłączeniu Czajki, a następnie zatwierdził sprzedaż nieruchomości Kredyt Bankowi, przeszedł na jedno z ważniejszych stanowisk w tymże banku został wicedyrektorem departamentu windykacji z pensją co najmniej kilkakrotnie wyższą od skromnego uposażenia sędziowskiego. Ale to dopiero początek wspólnych interesów.


„Złota rączka od upadłości
Sędzia Dariusz Czajka to elegancki, postawny mężczyzna w okularach w rogowej oprawie. Zazwyczaj występuje w nienagannie skrojonych garniturach, z laptopem przewieszonym przez ramię. Jest jednym z najlepszych specjalistów od prawa upadłościowego. To rzadka specjalność prawnicy traktują upadłości jako wyjątkowo ciężki temat. Prawo to reguluje rozporządzenie prezydenta RP z 1934 r., modyfikowane na bieżąco w kolejnych latach transformacji. Czasem trzeba karkołomnych interpretacji, żeby pogodzić przepisy z czasów Ignacego Mościckiego z leasingiem czy prawem telekomunikacyjnym (dopiero 1 października br. wejdzie w życie przyjęta na początku roku nowa ustawa Prawo upadłościowe i naprawcze).

Spektakularna upadłość Kasprzaka, z wyrzucaniem za bramę dyrektorów i budowaniem na gruzach peerelowskiej fabryki nowoczesnego centrum bankowego, okazała się dopiero początkiem kariery Dariusza Czajki. Kilkanaście lat temu, zaczynając pracę w nowo powstających sądach gospodarczych, młody i ambitny Czajka nie miał sobie równych. Większość jego znacznie starszych kolegów stanowili arbitrzy z dawnego socjalistycznego arbitrażu gospodarczego albo sędziowie z wydziałów cywilnych. Pierwsi spędzili życie, rozstrzygając nieliczne spory między przedsiębiorstwami państwowymi, drudzy byli obarczeni rutyną procesów cywilnych, które ciągną się latami. Jedni i drudzy mogli tylko pozazdrościć 30-letniemu sędziemu znajomości przedwojennych przepisów i biegłości we wprowadzanych błyskawicznie ustawach gospodarczych.

Bystry prawnik dysponujący grupą skutecznych sprawdzonych w boju syndyków dostawał największe i najtrudniejsze warszawskie upadłości, m.in. Universal i Modę Polską. Publikował w prasie prawniczej, w końcu zaczął wydawać własne podręczniki dla prawników i menedżerów. Został przewodniczącym wydziału upadłościowego w warszawskim sądzie gospodarczym.


Czajka wypływa na wielkie wody...
Kariera zawodowa młodego sędziego szła w parze z awansem w środowisku. Szybko został prezesem warszawskiego oddziału Zrzeszenia Prawników Polskich.

Tu pokazał wszystkim, że jest też doskonałym menedżerem. Od kiedy Czajka pojawił się w ZPP, a zwłaszcza od kiedy zaczął prowadzić interesy Zrzeszenia, stało się ono komercyjnym i dochodowym przedsiębiorstwem. Wykorzystując to, że członkami związku są najlepsi prawnicy w kraju, ZPP weszło przebojem na lukratywny rynek wydawnictw prawniczych, szkoleń menedżerskich i wszelkiego rodzaju usług doradczych i konsultingowych. Zadowoleni są korzystający z tych usług bogaci klienci i coraz bardziej sami prawnicy, członkowie Zrzeszenia. Rzutki prezes jego warszawskiego oddziału miał coraz więcej do powiedzenia w ogólnopolskiej organizacji i wśród swoich kolegów prawników. Dziś Czajka daje pracę znanym adwokatom, wykładowcom, sędziom z różnych wydziałów. Wydaje im książki, kupuje od nich wykłady, organizuje nawet komercyjne rejsy połączone ze szkoleniami prawniczymi.

Sukcesy w branży nabierają tempa zwłaszcza wtedy, kiedy Czajka, działając w imieniu ZPP, inwestuje w nieznaną szerzej firmę o nazwie Centrum Informacji Prawno-Finansowej (CIPF). To niewielka spółka wydawniczo-marketingowa, którą Czajka rozkręcał razem z Tomaszem Palaszkiem, jednym ze swoich zaufanych syndyków. Palaszek, z wykształcenia technik chemik, od dziesięciu lat uczestniczy w upadłościach nadzorowanych przez sędziego komisarza. Po tym, jak w latach 1995-96 większość udziałów w firmie wykupuje ZPP reprezentowane przez Dariusza Czajkę, Centrum wchodzi na dynamicznie rosnący rynek archiwizowania dokumentów. Archiwizowanie akt osobowych pracowników upadłych przedsiębiorstw (niezbędne choćby dla ubezpieczeń społecznych) okazuje się złotodajnym zajęciem dla ludzi znających się na prawniczej biurokracji. O tym, której firmie zlecić przechowywanie takich dokumentów, decydują sędziowie z wydziałów upadłościowych. Interes rozwija się znakomicie.

Dariusz Czajka po sukcesie na rynku szkoleń prawniczych coraz głośniej mówi o swoich planach otworzenia własnej prawniczej uczelni. Problemem pozostaje jednak przestrzeń. W dotychczasowej siedzibie warszawskiego oddziału Zrzeszenia Prawników Polskich zaczyna się robić coraz ciaśniej. W kilku pokojach wre praca wydawnicza, planowane są szkolenia, coraz więcej specjalistów zawiaduje dokumentami.


...i zmienia historię polskiego sądownictwa
W 1998 r. wydarzyły się trzy rzeczy, które zmieniły świat. Bojownicy IRA pogodzili się z protestanckimi terrorystami, krach w Rosji zwiastował nadchodzące załamanie gospodarcze, miliony ludzi śmiały się ze słabości amerykańskiego prezydenta. W tym samym roku na wyjątkowy czyn w historii polskiego sądownictwa zdecydował się Dariusz Czajka. Jako sędzia komisarz zatwierdził sprzedaż kontrolowanej przez siebie spółce budynku położonego kilka minut jazdy od centrum Warszawy. Oficjalnie budynek fabryki konfekcyjnej Leda kupiła spółka CIPF, w której głównego udziałowca, ZPP, reprezentował właśnie sędzia komisarz. Sędziowie, adwokaci i inni wykładowcy, którzy przychodzą dziś tam do pracy, z pewnością wiele mogliby się nauczyć od swojego pracodawcy Dariusza Czajki. Transakcja została przeprowadzona zgodnie z prawem. W budynku powstaje wymarzona przez sędziego uczelnia prawnicza. W tym roku pierwsi absolwenci opuszczą mury Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji (EWSPiA).

Żeby utrzymać się na ekskluzywnym rynku prywatnych wyższych uczelni, potrzebna jest renoma. Prywatne wyższe szkoły (zwłaszcza prawnicze i ekonomiczne i zwłaszcza w Warszawie), które mają dobrą reputację, są dla właścicieli prawdziwą żyłą złota. A na swojej uczelni Dariusz Czajka zatrudnił najlepszych wykładowców: sędziów Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego, adwokatów i radców prawnych największych polskich firm. Gościnne wykłady prowadzili tu m.in.: b. minister sprawiedliwości Jerzy Jaskiernia, b. premier Józef Oleksy, b. prezydencki prawnik Ryszard Kalisz. Szkoła zapewnia swoim studentom praktyki w MSZ, w Ministerstwie Sprawiedliwości, w wybranych sądach, prokuraturach i kancelariach adwokackich. By dokonać naboru, nie musi wynajmować billboardów i ogłaszać się w telewizji mimo wysokiego czesnego kandydatów nie brakuje.

Do nowej firmy Dariusz Czajka przynosi kontakty, doświadczenie i wiedzę zdobytą w sądzie i biznesie. W dokumentach założycielskich zagwarantował uczelni możliwość prowadzenia działalności gospodarczej „we wszystkich dozwolonych prawem formach organizacyjnych. Jednocześnie wszystkie kompetencje finansowe i gospodarcze zarezerwował dla funkcji kanclerza, którą pełni od początku. W budynku starej warszawskiej fabryki rozkwita działalność gospodarcza organizacji zarządzanych przez Czajkę. Prawnicza uczelnia, odważnie inwestująca spółka oraz warszawski oddział Zrzeszenia Prawników Polskich pod okiem operatywnego sędziego stają się prawniczym holdingiem, jednym z ważniejszych graczy na rynku usług doradczych i finansowych.

Czajka coraz pewniej porusza się po kruchym lodzie po podręcznikach prawa upadłościowego pisze rynkowy przebój, książkę Przestępstwa menedżerskie. Granica między zarządzanymi instytucjami a prywatnymi interesami sędziego z czasem zaczyna się coraz bardziej zacierać. Reporterzy Pulsu Biznesu i Życia Warszawy ustalili, że to właśnie z kont ZPP oraz CIPF pochodzą wielotysięczne przelewy, jakimi Dariusz Czajka płacił niedawno za swój nowy dom. Mimo że ustawa o ustroju sądów powszechnych kategorycznie zakazuje sędziom dodatkowego zatrudnienia, z wyjątkiem pracy dydaktycznej lub naukowej, Czajka jest w środowisku coraz bardziej postrzegany raczej jako menedżer niż sędzia.


Kredyt Bank rozdaje karty
W biznesie robi się o nim głośno jeszcze z jednego powodu na ogłaszanych przez Czajkę upadłościach coraz lepsze interesy robi Kredyt Bank. Jednocześnie dwaj zaufani syndycy sędziego komisarza w przerwach między likwidowaniem firm i sprzedawaniem nieruchomości Kredyt Bankowi prowadzą dla tego banku komercyjne przedsięwzięcia. Tomasz Palaszek dostał posadę wiceprezesa Victoria Development, budowlanej spółki-córki Kredyt Banku, a Sławomir Zaborowski dostawał duże zlecenia na prowadzenie księgowości od BFI, innej firmy należącej do Kredyt Banku. W 1997 r. za zgodą sędziego Czajki Kredyt Bank kupił majątek Mody Polskiej (nieruchomości w centrach dużych miast). Jedną z kart przetargowych miała być obietnica, że Kredyt Bank da pracę 200 pracownikom bankrutującego dyktatora peerelowskiej mody. Zlecenie na zarządzanie kupionym majątkiem szefowie Kredyt Banku dali Zaborowskiemu, który wcześniej jako biegły sądowy czuwał nad upadłością Kasprzaka. Szczęście w interesach mu nie dopisywało, wkrótce 200 osób poszło na bruk. W najatrakcyjniejszej nieruchomości (samo centrum stolicy) Kredyt Bank urządził siedzibę swojego oddziału, a resztę budynków sprzedał po cenach rynkowych.

Wszyscy, włącznie z prezesami sądów, prokuraturą i Ministerstwem Sprawiedliwości, zaakceptowali to, że obydwaj zaufani syndycy sędziego Czajki robią prywatne interesy z bankami. A właściwie z jednym bankiem, który od dziesięciu lat wykupuje majątek spółek likwidowanych przez tych dżentelmenów z mocy prawa.

Tymczasem model łączenia prywatnych interesów z prowadzeniem upadłości doskonale przyjmuje się w całym kraju. Prasa donosi o kolejnych syndykach, którzy w służbie sądowej znaleźli pomysł na robienie pieniędzy. Pani syndyk w Koneckich Zakładach Narzędzi Gospodarczych zatrudniła w upadłej firmie całą swoją rodzinę, w Lesznie sędzia wyznaczyła na syndyka mamę koleżanki z pracy. W Ciechanowie syndyk kupił sam od siebie niemal nowego seata za kilka tysięcy złotych, w Ostrowcu Świętokrzyskim prokuratura oskarżyła syndyka o kradzież wartego 750 tys. zł majątku miejscowej huty, którym miał się opiekować.


Wyrok bez precedensu
Półtora roku trwały wysiłki zdesperowanego prezesa CLiF-a Dariusza Barana, który chciał jak najszybciej dotrzeć ze sprawą do ostatniej instancji. Rozprawa rozstrzygnęła się w jeden dzień. 16 maja tego roku Sąd Najwyższy ustalił, że sędziowie poprzednich instancji, ogłaszając upadłość CLiF-a, dokonali poważnego naruszenia prawa. Po raz pierwszy w III RP Sąd Najwyższy unieważnił upadłość firmy. Ogłoszenie przez sąd upadłości w 90 proc. oznacza dla firmy śmierć. Miesiąc temu okazało się, że sąd pod przewodnictwem Dariusza Czajki niesłusznie skazał na śmierć giełdową spółkę wartą 130 mln zł. CLiF nie powinien był upaść.

Najpierw wiadomość dobra: 6 tys. klientów CLiF-a może legalnie korzystać ze swoich samochodów, wielu prawdopodobnie wkrótce je wykupi za symboliczną cenę. W powszechnej opinii warszawskich prawników klienci CLiF-a ratunek zawdzięczają determinacji prezesa spółki.

Teraz wiadomość zła: nie wiadomo, czy samą spółkę uda się reanimować. Firma, która upadła (nawet jeżeli bezzasadnie), jest traktowana przez rynek jak żywy trup. Uciekają od niej klienci i kontrahenci, nikt nie chce z nią prowadzić interesów. Co gorsza, w czasie swego urzędowania syndyk pod okiem sędziego systematycznie gromadził pieniądze spółki na jednym z jej rachunków właśnie w Kredyt Banku. W rezultacie tuż po unieważnieniu upadłości Kredyt Bank zabiera sobie jeszcze kilkadziesiąt milionów złotych z pieniędzy zdeponowanych na rachunku. Oficjalnie bank tłumaczy, że jest to forma egzekucji długu.

Dariusz Baran jest twardym trzydziestokilkulatkiem z Dąbrowy Górniczej. Jeżeli dziś, po dwuletniej walce, nie uda mu się podnieść firmy z kolan, na pewno będzie miał jedną satysfakcję. Udało mu się uratować przed Kredyt Bankiem i sędzią komisarzem kilka tysięcy swoich klientów. Gdyby bank odebrał im te (spłacone już) ciężarówki, ciągniki siodłowe czy maszyny poligraficzne, z pewnością w całym kraju zbankrutowałoby kilka tysięcy małych przedsiębiorstw.

Kiedy wiosną tego roku determinacja Barana i kolejne skandale związane z CLiF-em uprawdopodobniały kasację upadłości w Sądzie Najwyższym, syndyk Zaborowski zrezygnował z pracy z powodów osobistych, a Dariusz Czajka przekazał stanowisko sędziego komisarza w CLiF-ie i przewodniczenie wydziałowi upadłościowemu młodszemu koledze Piotrowi Zimmermanowi. W międzyczasie wokół sędziego Czajki wybuchła najgłośniejsza afera. Oto w zeszłym roku gazety zdobyły wreszcie niezbity dowód na to, że prowadził interesy z Kredyt Bankiem. Dokładnie na rok przed ogłoszeniem upadłości CLiF-a Czajka, zapalony żeglarz, kupił od banku dla swojej uczelni jeden z największych polskich żaglowców, statek Fryderyk Chopin. Ponieważ takie transakcje zdarzają się w Polsce raz na kilka lat, trudno jest dokładnie wycenić wartość takiego statku, ale specjaliści z magazynu Rejs szacują wartość „Fryderyka Chopina na co najmniej 1,5 mln dol. Czajka kupił statek za jedną trzecią tej kwoty, co więcej, bank rozłożył spłatę na dziesięć nieoprocentowanych rocznych rat. Trzeba było wymienić całą maszynownię, remontu wymaga także poszycie i ożaglowanie Dariusz Czajka twierdzi, że nikt nie był w stanie dać więcej za statek w takim stanie. W każdym razie Fryderyk Chopin, czarterowany najbogatszym załogom i wynajmowany na ekskluzywne kursy dla prawników, jest dziś jednym z ważniejszych źródeł dochodów w przedsięwzięciach organizowanych przez sędziego.


Nagana dla sędziego
20 maja, cztery dni po unieważnieniu przez Sąd Najwyższy upadłości CLiF-a, sąd dyscyplinarny udzielił sędziemu Czajce nagany za podejmowanie działań, które mogły osłabić jego bezstronność w orzekaniu. I choć kara nie ma praktycznie żadnych konsekwencji, jest to jedyny jak dotąd przypadek, żeby postępowanie dyscyplinarne przeciwko sędziemu Czajce udało się doprowadzić do końca.

Nie mam sobie nic do zarzucenia i zamierzam odwołać się od tego wyroku mówi Dariusz Czajka Gazecie. Funkcję kanclerza pełnię honorowo, nie biorę za to pieniędzy, a żaglowiec kupiłem od Kredyt Banku na rok przed upadłością CLiF-a na podstawie uchwały senatu EWSPiA, zgodnie z jej statutem. Doprowadziłem do powstania tej prawniczej uczelni i wydaję prawnicze książki.

Dariusz Czajka jest przekonany, że wygra proces o przeprosiny i zadośćuczynienie, jaki wytoczył Pulsowi Biznesu, gazecie, która od kilku lat opisywała dziwne przypadki sędziego.

Dariusz Czajka coraz mniej czasu poświęca sądowi, przeniósł się nawet do innego wydziału. Ma więcej czasu na sprawy organizacyjne. Dziewięć miesięcy temu został prezesem zarządu głównego Zrzeszenia Prawników Polskich. TOMASZ LIPKO


Gazeta Wyborcza nr 155  / www.wyborcza.pl /   2003.07.05-2003.07.06

 
     
 
 

 długa historia Eko-Mysiadło  >>      
Strona główna  >>